Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje rodzinne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą relacje rodzinne. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, kwietnia 12, 2021

"Tańczę w Jasności. W Światłości" – "Twoja światłość" Annalie Grainger *Natalia*

"Tańczę w Jasności. W Światłości" – "Twoja światłość" Annalie Grainger *Natalia*

Autor: Annalie Grainger
Tytuł: Twoja światłość
Liczba stron: 352
Wydawnictwo: YA!

Według danych z 2020 roku w Polsce liczba zaginionych kształtowała się na poziomie 15 tysięcy osób. Jest to wynik mniejszy w porównaniu do ubiegłych lat, ale wciąż przerażający. Przejrzenie stron, statystyk naprawdę daje do myślenia. Giną ludzie w każdej grupie wiekowej. Nie wyobrażam sobie żyć w ciągłym strachu o bliską osobę, nie wiem, czy bym sobie z tym poradziła. A jak dała sobie z tym radę Lili?


Mija już czwarty miesiąc od zaginięcia Melli – siostry naszej głównej bohaterki. Nastolatka jest zrozpaczona, nie wie, co może jeszcze zrobić, aby odnaleźć dziewczynę. Promyczkiem nadziei staje się Alice – mała dziewczynka uratowana podczas okropnej pogody. Dziecko opowiada Lili o wspólnocie nazywanej Siostrzeństwem Światłości, do której należała. W co tym razem wpakowała się Mella? Czy Lili uda się uratować siostrę?


Muszę przyznać, że spodziewałam się czegoś znacznie lepszego. Wiecie, zaginięcie, sekta, tajemnicza dziewczynka, zapowiadało się na całkiem udaną książkę. Co otrzymałam? Obok thrillera to nawet nie stało, śmierdzi tak typową młodzieżówką, że o panie. Autorka posługuje się łatwym językiem, dosyć szybko się czyta. Pojawiają się jakieś zwroty akcji i to w sumie tyle. Niektóre momenty można wyrzucić albo chociaż skrócić, albo dodać coś ciekawszego, np. wydarzenia w domu Lili. Niezmiernie mi się dłużyło, przez co na początku nie mogłam się wczuć. Bardzo podobały mi się rozdziały o tym, co działo się w sekcie. Szkoda, że były tak krótkie.


Nie polubiłam żadnego z bohaterów. Są dla mnie neutralni: istnieją – dobrze, nie ma ich – drugie dobrze. Jedynie Lili mnie wkurzała i nie mogłam jej znieść. Wiecznie tylko MELLA, MELLA, MELLA. Ja rozumiem, siostra, miłość, troska i takie tam, ale może bez przesady. To nie Kochanowski piszący treny dla Urszulki, choć może autorka się na nim wzorowała, kto to wie. Myślenie "nie mogę się zakochać i być szczęśliwa, bo moja siostra jest zaginiona", to dla mnie czysta głupota. Życie wciąż idzie do przodu, o czym Lili zapomniała. I zamiast skupić się choć trochę na rozbudowaniu świata przedstawionego, autorka zamknęła się i swoją bohaterkę w bańce. 


Zawiodłam się na "Twojej światłości". Spodziewałam się czegoś dobrego, przecież nie każda młodzieżówka jest do kitu. Mogę jedynie powiedzieć, iż porusza tak ogromny i ważny problem, że głowa mała. Notka od autorki na koniec pozostała mi w pamięci. Jak wspomniałam we wstępie, nie wyobrażam sobie takiego życia. Mogę jedynie zaapelować. Każda informacja jest na wagę złota. I mimo że może to być ulotny promyk nadziei, dla niektórych znaczy naprawdę wiele.

Natalia

Za egzemplarz dziękuję Wydawnictwu YA!





sobota, października 17, 2020

"To wszystko powinno potoczyć się inaczej" - "Saturnin" Jakuba Małeckiego *Natalia*

"To wszystko powinno potoczyć się inaczej" - "Saturnin" Jakuba Małeckiego *Natalia*

Autor: Jakub Małecki
Tytuł: Saturnin
Liczba stron: 320
Wydawnictwo: SQN

Umarłem, prawda? Powinni mnie pochować, zakopać głęboko do jednej mogiły. A jednak budzę się. Światło słoneczne mnie oślepia. Coś pali od środka. Przyciskam dłonie do brzucha. Widzę, jak między palcami zbiera się szkarłatna ciecz. Żyję, a jednak umarłem. To nie tak miało wyglądać.

Kilkuletni Saturnin mieszka z mamą i dziadkiem na wsi. Mężczyzna nie jest typowym miłym starszym panem, który chętnie opiekuje się wnukiem, opowiada zabawne historie, odpoczywa w zaciszu domu. Wręcz przeciwnie, codziennie rano pije czarną kawę, pali papierosa i znika na całe dnie. Chłopiec wierzy, że dziadek przebywa w tajemniczej krainie, którą mija codziennie, jadąc do szkoły autobusem przez dwa dodatkowe kilometry. Dwadzieścia lat później Saturnin musi wrócić w rodzinne strony. Zostawia Warszawę i swoje nudne życie, aby znaleźć dziadka. Wspólnie z matką zagłębiają się w przeszłość, w rodzinną historię. To, czego się dowiedzą, nie tylko zmieni ich tok myślenia o pewnych sprawach, ale również o nich samych.

Mogłabym się rozpisywać o wspaniałości tej książki, ale zanudziłabym Was na śmierć. Dlatego daruję sobie i przejdę do konkretów. Mało powiedziane, że mi się podobało. To było coś naprawdę dobrego. Czułam, jakbym przeniosła się do czasów małego Saturnina, do przeszłości jego dziadka, matki. Żyłam razem z nimi, uczestniczyłam w każdej chwili. Małecki mnie nie zawiódł. To, co mnie urzekło za pierwszym razem - czyli umiejętność kreacji bohaterów, opisywanie uczuć, postrzeganie rzeczywistości - to wszystko zagrało idealnie. Króluje prostota, a jednak między wierszami można odczytać, że chodzi o coś więcej.

Nie ma jednego bohatera, choć na początku myślałam, że jest nim tytułowy Saturnin. To jego poznajemy najpierw. Wydaje mi się podobny do wielu ludzi żyjących w obecnych czasach. Zagubiony, nieszczęśliwy, znudzony życiem. Praca sprzedawcy, mieszkanie w bloku w Warszawie, dziewczyna, do której nigdy nie zagada. A tu, nie wiadomo skąd, wiadomość o zniknięciu dziadka. I wtedy właśnie się zaczyna - powraca do niego przeszłość, uderza ze zdwojoną siłą, a jedyne, co może z nią zrobić, to ją rozpamiętywać. Kolejnym bohaterem jest Hania - matka mężczyzny. Ją poznajemy jako nastolatkę. Jej historia też nie ma kolorowych barw. Co najciekawsze, została opisana w listach. Bardzo oryginalna, od razu przypadła mi do gustu. I na końcu dziadek, najbardziej tajemnicza postać. Mam wrażenie, że jakby nie poznać przeszłości tych trzech postaci, książka nie miałaby sensu. Dopiero złożenie jej w całość daje zamierzony efekt.

"Saturnin" to kolejna wspaniała powieść Małeckiego. To historia o poszukiwaniu siebie, radzeniu sobie z bólem, problemami a także samym sobą. Pokazuje, ile człowiek jest w stanie poświęcić, aby osiągnąć cel. To kolejna opowieść o zwyczajnych ludziach, ale o niezwykłych losach. Nie można się od niej oderwać, a po zakończeniu czuje się niedosyt. Jako początkująca pisarka, dodam, że chciałabym pisać tak cudowanie jak Małecki.

Natalia


poniedziałek, września 14, 2020

Plemienna magia i pożerające dusze demony - "Królestwo dusz" Reny Barron [KRÓLESTWO DUSZ #1] *Zuzanna*

Plemienna magia i pożerające dusze demony - "Królestwo dusz" Reny Barron [KRÓLESTWO DUSZ #1] *Zuzanna*
Autor: Rena Barron
Tytuł: Królestwo dusz
Cykl: Królestwo dusz, tom 1
Liczba stron: 448
Wydawnictwo: Jaguar

Zapraszam Was do świata inspirowanego kulturą Afryki Zachodniej, gdzie magia plemienna jest niezwykle silna. Jego mieszkańcy oddają cześć bogu Hece i oriszom, którzy niegdyś ocalili ludzkość przed pożerającymi dusze demonami. Ale święte zwoje nie mówią całej prawdy. Te śmiertelnie niebezpieczne istoty wcale nie zginęły, a ich Król robi wszystko, co w jego mocy, by powrócić po tysiącleciach niewoli.
Szesnastoletnia Arrah od lat niecierpliwie wyczekuje momentu, gdy zostanie obdarzona magią. Choć regularnie bierze udział w obchodach Krwawego Księżyca, moc Heki z niewyjaśnionych przyczyn wciąż ją pomija. Gdy w Królestwie zaczynają nagle znikać dzieci, a wezyr i Ka-Kapłanka nie potrafią znaleźć winnego, dziewczyna podejmuje trudną decyzję. Chce ocalić przyjaciela, ale jako ben'ik nie jest w stanie nic zrobić. Dlatego decyduje się na rytuał, który pozwoli jej wymienić lata swojego życia na magię.
Świat wykreowany przez Renę Barron ogromnie przypadł mi do gustu. Magia w wydaniu plemiennym i zwyczaje panujące w Królestwie stworzyły wyjątkowy klimat. Z dużym zainteresowaniem czytałam również fragmenty dotyczące oriszy, ich stosunku do śmiertelników i wojny z demonami. Jednak najbardziej intrygująca okazała się dla mnie historia samego Króla Demonów, w której nadal pozostaje wiele niewiadomych.
Chociaż pomysł na fabułę i klimat powieści bardzo mi się spodobały, ciężko było mi przebrnąć przez początkowe rozdziały. Przez pierwsze 150-200 stron niewiele się działo. Autorka skupiała się głównie na wprowadzaniu czytelnika w stworzone przez siebie uniwersum i na rozterkach głównej bohaterki. Opisów, imion i różnych terminów było jednak tak dużo, że momentami aż przytłaczały. Za to później akcja tak przyspieszyła, że pochłonęłam pół książki w jeden dzień.
Mimo dość zniechęcającego początku, z czasem bardzo polubiłam główną bohaterkę. Kiedy zajęła się ważniejszymi sprawami i zaczęła więcej uwagi poświęcać innym, od razu stała się bardziej znośna. Przeżywanie tego, że nie ma własnej magii i panikowanie, kiedy wreszcie będzie ją mieć, ciągnęło się zbyt długo. Bohaterka, której rodzice i babcia obdarzeni są wielką mocą, a ona sama z nieznanych powodów jej nie posiada, samo w sobie jest całkiem interesujące. Jednak mimo wszystko można było to przedstawić w nieco mniej irytujący sposób. Zwłaszcza że motyw poczucia wyobcowania i braku akceptacji ze strony własnej matki powracał niejednokrotnie, a w kolejnych rozdziałach autorka coraz lepiej sobie z nim radziła.
Niestety nie obyło się bez wpadek, a niektóre momenty są wyraźnie niedopracowane. Jeden z bohaterów "patrzy (...) szeroko otwartymi ustami", inny tęskni "za dującym (...) wiatrem", a "plecy przeszywa deszcz". Główna bohaterka zastanawia się, jak przekaże ukochanemu wieści, których on już (razem z nią) wcześniej wysłuchał. A sceny z początku decydującej bitwy to już w ogóle jedna wielka pomyłka. Przypominało to raczej nieudany zjazd rodzinny... Przynajmniej dopóki ktoś sobie nie przypomniał, że przecież przybyli tam, by ze sobą walczyć.
"Królestwo dusz" Reny Barron to mimo wszystko debiut, po który warto sięgnąć. Gdy już przebrnęłam przez średnio udany początek, ta pełna magii opowieść wciągnęła mnie do innego, niesamowitego (i mrocznego) świata i już nie chciała wypuścić. Oczarowała mnie tak mocno, że pomimo wszelkich niedociągnięć, nie mam wątpliwości, że sięgnę również po kolejne tomy. Kiedy Król Demonów jest tak blisko osiągnięcia swojego celu, nie może przecież być inaczej.
Zuzanna

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!



wtorek, czerwca 02, 2020

[PRZEDPREMIEROWO] - "Dom ziemi i krwi. Część II" Sarah J. Maas [KSIĘŻYCOWE MIASTO #2] *Natalia*

[PRZEDPREMIEROWO] - "Dom ziemi i krwi. Część II" Sarah J. Maas [KSIĘŻYCOWE MIASTO #2] *Natalia*

Autor: Sarah J. Maas
Tytuł: Dom ziemi i krwi. Część II
Cykl: Księżycowe Miasto, tom 1
Liczba stron: 622
Wydawnictwo: Uroboros
Premiera: 03.06.2020



Już po pierwszej części tej historii wiedziałam, że może się skończyć ponowną fazą na twórczość Maas. Zgaduję, że przez kilka następnych dni będę myśleć tylko o wydarzeniach z "Księżycowego Miasta". Być może pojawi się kac książkowy. Jednak powiem szczerze. Nie żałuję ani jednej chwili spędzonej przy tej opowieści. Za to kocham autorkę. Za tworzenie czegoś, czego nie zapomnę szybko i w czym zakocham się bez opamiętania.




Po wydarzeniach z pierwszej części śledztwo zaczyna się komplikować. Okazuje się, że zmarła przyjaciółka Bryce - Danika - miała z całą sprawą coś wspólnego. Los zdaje się nie sprzyjać Bryce ani Huntowi. Coraz więcej osób zaczyna interesować się Rogiem - pradawnym artefaktem o potężnej mocy. Dodatkowo na ulicach Księżycowego Miasta grasuje kolejny demon. Czas ucieka, Gubernator się niecierpliwi, a rozwiązanie wciąż znajduje się daleko od nich. Przeszłość nie zamierza odpuścić i tylko dodaje nowe niewiadome...

Muszę przyznać, że się nie zawiodłam. Maas utrzymała poziom, choć z ręką na sercu mogę przyznać, że w pewnych momentach go nawet przebiła. Nawet nie wiem, kiedy książka pochłonęła mnie całkowicie. Na początku było ciężko, pojawiło się sporo nowych informacji. To jednak plus, udowadnia, że autorka nie poszła na łatwiznę i stworzyła porządne uniwersum od A do Z. Przez większość czasu akcja nie pędzi. Zdecydowanie przeważył tutaj wątek kryminalny. Każdy rozdział przynosi nowy element układanki. Śmiało mogę stwierdzić, że wytworzył się pewien schemat. Wskazówka - badanie poszlak - ślepy zaułek/strzał w dziesiątkę. Jednak końcówka, brakuje mi słów, aby ją opisać. Akcja pędziła, było mnóstwo zwrotów. Wywołała wiele emocji. Strach, smutek, złość, radość, istna wybuchowa mieszanka. Maas wydobyła z bohaterów to, co najlepsze, ale również odsłoniła ich drugą, mroczą stronę. Krew lała się strumieniami, autorka nie szczędziła brutalnych scen.

Jeśli chodzi o bohaterów, to tutaj również nie mam o co się czepiać. Bryce pozostała tak samo odważna, szalona, zadziorna, prostu pozostała sobą. Hunt się zmienił. Przebudziły się w nim uczucia, przestał być zimną i pustą skorupą. Nie mówię oczywiście, że chłód i obojętność nie zniknęły. Zostały, co widać szczególnie pod koniec. Szczerze? Nie wyobrażam sobie Hunta bez tego. Właśnie za stanowczość, bezwzględną lojalność, bezuczuciowość w pewnych sytuacjach go pokochałam. Na pierwszy plan wysuwa się również Ruhn. Względem niego mam mieszane uczucia. Z jednej strony go polubiłam, ale z drugiej często się na niego wkurzałam. Opiekował się Bryce, był przy niej, kiedy go potrzebowała, pomagał przy śledztwie. Jednak nie zrobił nic jeśli chodzi o stosunki rodzinne. To mnie denerwowało. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach coś z tym zrobi, zwłaszcza po pewnych tajemnicach, które ujrzały światło dzienne.

Na zakończenie dodam, że Maas nie oszczędziła jednego. Źle napisanych scen łóżkowych. Podobnie jak w "Dworach" ja po prostu nie potrafię określić ich inaczej. Poza tym jest jeszcze jedna podobna rzecz między tymi seriami i w tym temacie. Idealne wyczucie czasu. Wzywasz demona? To ja pomyślę o tym, jak dobrze byłoby nam razem w łóżku. Albo jeszcze lepszy przykład. Ledwo żywy Hunt, ale na seks zawsze gotowy. Czyż to nie brzmi znajomo? Feyra i Rhys w samym środku bitwy, w namiocie... 

Wciąż nie mogę otrząsnąć się po zakończeniu. Tyle emocji, zwrotów akcji. W pewnych momentach chciało mi się płakać. Tak, moje serce zostało złamane. Nie mogę doczekać się kolejnych tomów. Jestem bardzo ciekawa, jak potoczą się losy Bryce, Hunta, Ruhna i reszty bohaterów. Polecam wszystkim fanom twórczości autorki i wielbicielom fantastyki. Jestem pewna, że Lunathion, tak samo jak mnie, porwie Was w wir przygody i długo nie puści.

Natalia

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!


wtorek, kwietnia 14, 2020

[PRZEDPREMIEROWO] "Las na granicy światów" Holly Black *Zuzanna*

[PRZEDPREMIEROWO] "Las na granicy światów" Holly Black *Zuzanna*

Autor: Holly Black
Tytuł: Las na granicy światów
Liczba stron: 328
Wydawnictwo: Jaguar
Premiera: 15 kwietnia 2020

Fairfold jest miasteczkiem nietypowym. Tutaj świat ludzi i świat elfów bezustannie się przenikają. Czasem znikają różne przedmioty, czasem turyści, pojawiają są podmieńcy. Do dziwnych zdarzeń mieszkańcy się już jednak przyzwyczaili. Podobnie jak do szklanej trumny w lesie, w której śpi zaklęty rogaty chłopiec.

Hazel od dziecka chciała być rycerzem. Wciąż pamięta, jak razem z bratem spędzali czas, polując na niebezpieczne stwory. Obiecała sobie, że pewnego dnia pokona także najgroźniejszego z nich, potwora z samego serca lasu, i tym sposobem wszystkich ocali. Gdy jednak dar elfowej muzyki zawodzi Bena, rodzeństwo musi zaniechać swoich planów. Od tej pory toczą życie tak zbliżone do normalnego, jak to możliwe. Do czasu. Pewnej nocy szklana trumna zostaje rozbita, a rogaty chłopiec znika bez śladu. Hazel budzi się rano z ubłoconymi stopami i szklanymi drzazgami wbitymi w dłonie. Nie pamięta, gdzie była, ani co robiła. Wkrótce zaczyna dostawać niepokojące wiadomości przypominające o zawartej przed laty umowie.
Z przyjemnością powróciłam do wykreowanego przez Holly Black świata okrutnych i śmiertelnie niebezpiecznych elfów. Chociaż trylogia Okrutny książę dobiegła już końca, byłam ogromnie ciekawa, jak autorka przedstawi historię poprzedzającą tamte wydarzenia. Opowieść o Królu Olszyn i magicznym mieczu, Heartswornie, który odegrał tak istotną rolę w Królowej niczego, zdecydowanie trzyma poziom.
Bohaterowie jak zwykle intrygują. Choć Hazel i Ben to śmiertelnicy i na pierwszy rzut oka mogliby się wydawać zwyczajnymi nastolatkami, zdecydowanie nimi nie są. On jako niemowlę otrzymał dar elfowej muzyki. Gdy gra, żadne stworzenie nie potrafi oprzeć się cudownym dźwiękom wydawanym przez jego instrument. Jej z pozoru nic nie wyróżnia, nie ma żadnej magicznej mocy ani specjalnego talentu. Mimo to jest najbardziej wyjątkową postacią w tej opowieści. Niezłomna, niesamowicie odważna, gotowa bronić rodziny, przyjaciół i całego Fairfold z narażeniem własnego życia. A przy tym starająca się ze wszystkich sił utrzymać bolesne wspomnienia z dzieciństwa w najdalszych zakamarkach pamięci. No i jest też Jack. Podmieniec wychowywany w ludzkiej rodzinie, najlepszy przyjaciel Bena.
Holly Black zaczyna dość zwyczajnie. Mamy małe miasteczko i imprezę znudzonych nastolatków, którzy piją w lesie alkohol. Stopniowo zaczyna nas jednak wprowadzać głębiej w ten wymykający się wszelkim schematom świat, a magia z każdym krokiem daje o sobie znać coraz wyraźniej. Autorka sprawnie buduje napięcie i zgrabnie prowadzi akcję, wplatając w nią liczne, nieoczekiwane zwroty. Podczas gdy Hazel stara się odkryć, co tak naprawdę się z nią dzieje i od kogo pochodzą tajemnicze wiadomości, do Fairfold nadciąga straszliwe niebezpieczeństwo. Tylko ona jest w stanie zapobiec katastrofie.
Las na granicy światów stanowi świetne uzupełnienie trylogii Okrutnego księcia. Odnajdziecie tutaj ten sam niesamowity klimat i bohaterów, którzy równie mocno zapadają w pamięć. Holly Black znów zaprasza nas do świata, gdzie magia, tajemnice i poczucie zagrożenia otaczają czytelnika z każdej strony, z biegiem czasu coraz bardziej zacieśniając krąg. Wielbicielom Cardana i Jude polecam z całego serca, a jeśli jeszcze nie mieliście okazji ich poznać, równie dobrze możecie zacząć właśnie od Lasu.... Ja przeczytałam tę powieść jednym tchem (mimo że ostatnio czytanie w ogóle mi nie szło). 
Zuzanna

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwu Jaguar!

Wyzwania:

sobota, kwietnia 13, 2019

Masz osiem wcieleń, by znaleźć mordercę - "Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuarta Turtona *Zuzanna*

Masz osiem wcieleń, by znaleźć mordercę - "Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" Stuarta Turtona *Zuzanna*
Autor: Stuart Turton
Tytuł: Siedem śmierci Evelyn Hardcastle
Liczba stron: 512
Wydawnictwo: Albatros
Premiera: 27 lutego 2019

Goście przybywają do zaniedbanego, oddzielonego od reszty świata gęstym lasem Blackheath. W 19. rocznicę makabrycznej zbrodni trwają przygotowania do organizowanego przez Lorda i Lady Hardcastle balu maskowego. Udział w nim mają wziąć te same osoby, które w owym czasie również przebywały na terenie posiadłości. Skomplikowana zagadka kryminalna i jeden dzień rozgrywający się wciąż na nowo. Jak wiele razy trzeba będzie go przeżyć, by odkryć tajemnicę śmierci Evelyn?
Przez ciemny las biegnie mężczyzna. Nie wie, kim jest ani jak się tam znalazł. Pamięta tylko imię. Anna. Gdy słyszy huk wystrzału, jest przekonany, że nie zdoła jej już pomóc. W końcu udaje mu się dotrzeć do posiadłości, gdzie zostaje rozpoznany jako jeden z gości zaproszonych na przyjęcie. Szybko okazuje się, że utrata pamięci to jego najmniejsze zmartwienie. Po spotkaniu z tajemniczą zamaskowaną postacią, sytuacja komplikuje się coraz bardziej. Doktor Dżuma uświadamia mu, że znalazł się tu w konkretnym celu. O 11 wieczorem Evelyn zginie. Jego zadaniem jest odkrycie, kim jest morderca. Ma na to osiem dni i osiem różnych wcieleń. Każdego ranka będzie się budził w ciele innej osoby, dopóki nie wskaże winnego. Jeśli nie uda mu się tego dokonać przed wyznaczonym terminem, jego wspomnienia zostaną wymazane, a cały cykl rozpocznie się od nowa.
Jeśli chodzi o kryminały, niewiele potrafi mnie jeszcze zaskoczyć, ale powieść Stuarta Turtona zdołała tego dokonać i to kilkakrotnie! Bohater uwięziony w jednym miejscu i zmuszony do przeżywania w kółko tego samego dnia, to dla mnie ogromnie intrygujący motyw. Dodajmy do tego jeszcze morderstwo, świetnie skonstruowaną intrygę, niewyjaśnione tajemnice sprzed lat, żądnego krwi Lokaja oraz dwoje konkurentów, którzy również starają się rozwiązać zagadkę i opuścić Blackheath. Niespodziewanych zwrotów akcji nie brakuje, niewiadome mnożą się jak grzyby po deszczu. Nim się spostrzegłam, całkowicie wsiąkłam w tę historię, a ostatnie rozdziały okazały się tak ekscytujące, że nie mogłam się od nich oderwać. Choć jedna z moich teorii częściowo się sprawdziła, koniec końców autor i tak zaserwował zakończenie, jakiego zupełnie się nie spodziewałam.
Już sama kreacja głównego bohatera zrobiła na mnie wielkie wrażenie. Nie wiemy o nim niemal nic. Pozbawiony własnych wspomnień i osobowości, kształtuje siebie na nowo, choć z każdym następnym wcieleniem przychodzi mu to trudniej. Budzi się w ciałach kolejnych osób, ale ma nad nimi coraz mniejszą kontrolę. Silne charaktery nie pozostają bez wpływu na jego zachowania i decyzje. Mimo że niekiedy pozwalają mu dostrzec coś więcej, musi pilnować się na każdym kroku. Z czasem bowiem nawet odróżnienie ich myśli i wspomnień od jego własnych zaczyna być problematyczne. Równie intrygujące były dla mnie postaci Anny i Doktora Dżumy, choć wśród osób goszczących w Blackheath nie znalazła się chyba ani jedna, która nie skrywałaby jakiegoś mrocznego sekretu.
"Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" to nie tylko powieść fascynująca, trzymająca w napięciu i zgrabnie napisana, ale również bardzo starannie wydana. Minimalistyczna okładka prezentuje się stylowo i elegancko, a szczegółowo rozrysowany plan posiadłości, jaki znajdziemy wewnątrz, jeszcze dodaje tej książce uroku. Do korekty nie mam niemal żadnych zastrzeżeń, co ostatnimi czasy rzadko mi się zdarza, choć do tej pory zachodzę w głowę, czy sformułowanie "coraz to ciekawiejsze i ciekawiejsze" było tutaj zabiegiem celowym czy zwykłym błędem.
Powieść Stuarta Turtona zachwyciła mnie nie tylko zręcznie skonstruowaną intrygą czy interesującą koncepcją głównego bohatera, ale również osadzeniem całej akcji w tak idealnie mrocznej, tajemniczej i pełnej niebezpieczeństw scenerii, gdzie każdy ciemny kąt może kryć uzbrojonego w nóż szaleńca. Ceną wolności jest rozwiązanie jednej zagadki, ale na tę jedną składa się tysiąc innych. Mimo że każda uzyskana odpowiedź w jakiś sposób przybliża nas do celu, wyzwala jednocześnie lawinę kolejnych pytań, które domagają się natychmiastowej odpowiedzi. Trup ściele się gęsto, tajemnice mnożą, a czasu wciąż ubywa. Dla takich emocji warto rzucić wszystko inne. Po "Siedem śmierci Evelyn Hardcastle" powinien sięgnąć każdy wielbiciel kryminałów. Szczerze polecam!
Zuzanna

Za egzemplarz powieści serdecznie dziękuję portalowi JakKupować.pl!


Wyzwania:

wtorek, marca 05, 2019

Siostry ksero i waleczna papuga - "Nomen Omen" Marty Kisiel *Zuzanna*

Siostry ksero i waleczna papuga - "Nomen Omen" Marty Kisiel *Zuzanna*
Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Nomen Omen, wyd. 2 
Liczba stron: 336
Wydawnictwo: Uroboros
Premiera: 13 lutego 2019


Przedwojenna wrocławska willa, a w niej trzy identyczne staruszki. 85-letnie siostry Bolesne mieszkają z Royem Keane'em - barwną papugą ze słabością do śmietankowych wafelków i Warcrafta. Wszyscy w okolicy uważają je za czarownice, nic więc dziwnego, że omijają ich dom z daleka. Kiedy na Lipową pięć trafia Salomea Przygoda, a w ślad za nią także Niedaś, nuda to ostatnie, co może im grozić.
25-letnia Salka ma już dość życia ze swoją pokręconą rodziną. Matka w kółko gada o uwalnianiu "rozbuchanego erotyzmu" córki, a ojciec jest tak zafascynowany wiekiem XIX, że teraźniejszość niewiele go interesuje. Oboje niezmiennie zachwycają się swoim synem, fajtłapowatym Niedasiem. Choć trybiki w jego mózgu zdają się pracować w zwolnionym tempie, oni uparcie wierzą w jego geniusz i czekają z utęsknieniem, aż zrobi doktorat. Młoda kobieta postanawia więc spakować się i wyjechać do Wrocławia. Wynajmuje pokój na Lipowej, u sióstr Bolesnych. Jej spokój nie trwa jednak długo. W radiu i przedpotopowym telefonie słychać dziwne głosy, a właścicielki przyjmują tajemniczych gości. Niespodziewanie pojawia się tam również Niedaś, a gdy próbuje utopić Salkę w Odrze, okazuje się, że to dopiero początek kłopotów.
Duża, dość niezgrabna Salka, którą bezustannie prześladuje pech, z miejsca zdobyła moją sympatię. Powierzenie roli głównej bohaterki postaci dalekiej od ideału było strzałem w dziesiątkę. Dzięki temu zabawnych sytuacji nie brakowało, a przy tym w każdej chwili mogło się wydarzyć coś niespodziewanego. Trochę dłużej zajęło mi przekonanie się do Niedasia, ale rozśmieszył mnie tak wiele razy, że na koniec aż żal mi było odkładać książkę i żegnać się z tą postacią. Tajemnicze siostry Bolesne zapamiętam na długo, a samo wspomnienie papugi krzyczącej "killnij gada!" wywołuje szeroki uśmiech na mojej twarzy.
Wszechobecny humor, ujawniający się chyba na każdej stronie tej powieści, jak zwykle mnie urzekł. Śledząc perypetie Salki, co chwila wybuchałam śmiechem. Bawiły mnie jej pechowe przygody, nietypowe teksty Niedasia i okrzyki Roya Keane'a. Podobały mi się także pełne emocji sceny gry w Warcrafta, choć do tej pory nie mam pojęcia, co oznaczała większość pojawiających się wówczas określeń. Marta Kisiel to dla mnie mistrzyni w operowaniu humorem. Nawet sytuacje, które w zwykłych okolicznościach mroziłyby krew w żyłach, potrafi przedstawić tak, że nie mam innego wyboru, jak tylko zwijać się ze śmiechu.
Ogromnie spodobała mi się również okładka tego wydania. Te wijące się czerwienie kontrastujące z bladą twarzą przyciągają wzrok i intrygują. Uroku powieści dodają również ilustracje, które kryją się wewnątrz książki. Czarno-białe, ale niezwykle klimatyczne. Na końcu znajdziemy nawet mapki Wrocławia z zaznaczeniem wszystkich istotnych dla rozwoju akcji miejsc.
"Nomen Omen" to moje kolejne spotkanie z twórczością Marty Kisiel i z pewnością nie będzie ostatnim. Poczucie humoru autorki, które przebija się w każdej opisanej sytuacji i każdym dialogu, sprawia, że czytając jej książki, nie sposób powstrzymać się od śmiechu. Gdy dodamy do tego jeszcze interesującą fabułę, odrobinę magii i całą gamę wyjątkowych bohaterów, dostajemy porcję świetnej rozrywki, od której nie można się oderwać. Jeśli więc "Nomen Omen" nie trafił jeszcze w Wasze ręce, koniecznie naprawcie ten błąd!
Zuzanna

Za egzemplarz książki serdecznie dziękuję Wydawnictwu Uroboros!

Wyzwania:

czytam bo polskie wyzwanie czytelnicze
Copyright © 2016 Ogród Książek , Blogger